DZISIAJ JEST sobota 22 czerwca 2024
Imieniny: Pauliny, Tomasza, Jana
DANIA
czw
1°C
pią
3°C
dziś
3°C
Kurs walut z dnia 2024-06-22
0.58
3.97
4.35

Kelnerką być

06.11.2022 13:52

Klient klientowi nierówny

Kopenhaga, piątkowe popołudnie, gwar dookoła, deptak tętni swoim niepowtarzalnym życiem. Tłumy na wpół roznegliżowanych ludzi z butelką wody w prawej i z turystyczną mapą miasta w lewej przelewają się głównym deptakiem. 

Pięć po czwartej, a słońce jeszcze praży z całą mocą. Nawet wiatr, który targa raz po raz tarasowymi parasolami, nie daje odprężenia. Ubrana w czarną spódnicę i koszulę z długim rękawem, rajstopy i rzecz jasna czarne kryte buty stoję przed wielką drewnianą tablicą, na której wisi restauracyjne menu – od trzech godzin to moje miejsce. Tak, stoję tam od trzech godzin, niczym gadający dodatek. Szef wydał dyspozycję: „stać i łapać gości” – o tym jak było to dosłowne przekonam się później.

Zjawia się pierwsza para. Mężczyzna po pięćdziesiątce z niewiele młodszą partnerką. Oboje skromnie, ale elegancko ubrani. Zagaduję, uśmiecham się, rzucam kilka żartów, a na koniec pytanie o stolik, przy którym chcieliby usiąść. Wybrali najlepiej usytuowane miejsca -  w półcieniu, tuż przy drzwiach głównych. To sekcja Ricardo. Ricardo to Brazylijczyk, który z Brazylią ma już niewiele wspólnego. Nie zdążyłam podać nowym gościom menu, a już widzę w oddali, jak Ricardo przybiera odpowiednią, „wyjściową” pozę -  prostuje się, wypina pierś, uśmiecha i stanowczym krokiem kieruje się w moją stronę. W chwili, gdy się mijaliśmy nagle przystanął, złapał mnie za ramię i pochwalił - Bardzo dobrze Bambina! Takich nam trzeba! Jak chcesz to potrafisz! – Uśmiechnęłam się i poszłam zająć wyznaczone mi miejsce.

Idą Azjaci! Uśmiecham się, zagaduję i pytam o miejsce. Siadają w sektorze Ricarda. Podaję menu i biegnę poinformować, że mam dla niego nowy stolik. 

– Rico, masz nowy stolik. Numer 312! – krzyknęłam. 

Ricardo odwrócił się i zainteresowaniem rozglądał się po twarzach nowych gości.

 - Bambina, gdzie? Pokaż? – Widzę jak przymruża oczy, jakby nie widział dokładnie - Azjaci? – zapytał, aby się upewnić, ale już z pewnym zrezygnowanie w głosie.

 - Tak – odpowiedziałam.

 - Bambina, jeśli chcesz to możesz wziąć ten stolik! Bierz! Bierz! – krzyczał wesoło Ricardo.

 - Chcę! Dziękuję! – zgodziłam się szczęśliwa, że w końcu czymś się zajmę. Pobiegłam podekscytowana do stolika numer 312, aby zebrać zamówienia. 

Minęło niespełna pięć minut, a ja znowu stałam w pozycji „stać i łapać”. Idą! Tym razem jakaś para, a za nimi szesnastolatki i po raz kolejny stoliki obsługiwane przez Ricarda. 

W tym czasie Ricardo przechadzał się po tarasie ze wzrokiem wbitym w ziemię – widać coś go martwiło. Mimo tego, czujny jak zawsze. W momencie, kiedy zauważył nowych gości – wyrwany z trosk, nad którymi intensywnie rozmyślał – jego wyraz twarzy zmienił się jakby bezwiednie. Ładny uśmiech podkreślający jego urodę pojawił się na twarzy. Wyprostował się, podszedł do mnie i starał się mówić szeptem, co nigdy Brazylijczykom nie przychodziło łatwo - Bambina, bardzo dobrze. Oby tak dalej! Musimy zapełnić restaurację! Możesz wziąć tych nastolatków – zakomunikował, znowu poklepał mnie po ramieniu i pomaszerował do nowego stolika. 

- Masz jakieś stoliki? – usłyszałam z boku. Odwróciłam się, a za mną stał Adam, który pracuje w tej restauracji od roku, Polak.

- Mam. Dwa. – odpowiedziałam.

- Azjaci i nastolatki – stwierdził.

- Mam je od Ricarda – rzuciłam Adamowi od niechcenia.

Adam w odpowiedzi westchnął dziwnie i dalej rozglądał się dookoła nic więcej nie mówiąc.

- Co miało znaczyć to westchnięcie? – zapytałam zainteresowana licząc na wyjaśnienie

- To Azjaci i nastolatki... – odpowiedział i milczał nadal.

- To coś złego? – zapytałam zdziwiona.

 - Nie, nie... – zamruczał pod nosem.

 – Nie rozumiem co masz na myśli – rzuciłam.

Najwyraźniej wyczuł poirytowanie w moim głosie, więc nie odwracając nawet głowy w moim kierunku, zapytał – Pracowałaś kiedyś jako kelnerka? 

Patrzyłam na Adama i próbowałam odgadnąć jego myśli, w końcu wydusiłam – Nie... 

Nagle odwrócił się w moją stronę i zaczął nerwowo – Dobra rada, jak chcesz przetrwać, to musisz nauczyć się „walczyć” o swoje. Inaczej nie zarobisz. Norwedzy, Szwedzi i Duńczycy to najlepsza klientela, a dla całej reszty będzie tu zawsze „za drogo”. Łapiesz?

Zanim zdążyłam otrząsnąć się z napięcia jakie wywołał we mnie jego ton głosu i „porada”, Adam zagadywał już nowych klientów.

 Kto komu stolik kradnie?

Zaczynam o piątej – przyszłam zbyt wcześnie, wiec od pół godziny wypytuję barmana z Iraku o wszystkie nieistotne dla mnie szczegóły z jego życia. 

- Dlaczego ukradłeś mój stolik?! – słyszę krzyk w głębi sali. Poznaję ten głos, to Paula – Kolumbijka, która podaje się za Włoszkę. Krzyczy – nic nowego. Tym razem padło na Daniela. Swoją drogą, Daniel to ciekawa postać. Zawsze uśmiechnięty, zawsze Czech, wydawałoby się otwarty – nic bardziej mylnego, on ma swój własny świat. Nikt nie wie, czy wręcz przyklejony uśmiech na jego twarzy to jego natura, czy coś go stymuluje..  Wszyscy wiedzą na pewno, że pali po kątach i to nie tylko papierosy.

- Nie ukradłem! Oni chcieli zamówić, więc... – próbował wyjaśnić. 

- Więc co? Dlaczego nie przekazałeś mi tego zamówienia?! – przerwała Paula, ciągle krzycząc, nie zwracając uwagi nawet na gości w restauracji. 

- Dobra, możesz wziąć następny... – odpowiedział Daniel, starając załagodzić sytuację, ale to nie pomogło. Paula wyrzucała z siebie kolejne zdania i jakby głucha na argumenty Daniela rozdrapywała to co zaszło.

- Wiesz o co się znowu kłócą? – zapytałam barmana.

 - Tu tak zawsze...kłócą się o wszystko – odparł i kroił cytrynę dalej.

 - O kasę – wtrącił uśmiechając się złośliwie Alexander, który czakał przy barze na swoje zamówienie.

- Masz na myśli napiwki? –  zapytałam zadziornie. Pewna tego, że nie oprze się pokusie, aby dodać coś od siebie. Alex należy do ludzi, którzy lubią dużo mówić, zarówno o sobie jak i wyrażać opinie o wszystkich oraz o wszystkim.

 - Dobra, to ile dziennie? Nikomu nie powiem... – kontynuowałam. 

Alex wyprostował się i uśmiechnął się po czym rzekł – Tajne.

Nachyliłam się w jego stronę i powtórzyłam – Tajne? Mmm... No cóż... tak przeczuwałam.

Poprawiłam szybko warkocz i udając rozeźloną ruszyłam w kierunku wyjścia. Złapał mnie za dłoń i w tej samej chwili powiedział – No już się nie złość. Chodź. Pogadamy. – wróciłam na swoje miejsce przy barze. Alexander od pierwszego dnia miał jakąś słabość do mnie.

- Mniej więcej dziesięć procent od dziennego utargu. – przeszedł od razu do sedna sprawy.

- Przy piętnastu tysiącach koron dziennie zarabiasz ponad tysiąc koron napiwków? – zapytałam nie dowierzając. – Nie wierzę. – dodałam po tym, kiedy otrząsnęłam się z tego co usłyszałam.

- Jak sobie chcesz. Wierz, albo nie. Twoja sprawa. – odparł. Jego zamówienie było już gotowe. Zabrał je i wyszedł bez słowa.

Oszukane Ukrainki, „Włosi” i... wielkie welcome party

Nuda. Znowu upał.  Same niedobitki włóczą się ulicami. Wszyscy ci, którzy nie pojechali dzisiejszego dnia na plaże. 

- Brus, ale nudno, prawda? – rzuciłam nieprzytomnie do mojego towarzysza.

– Nie narzekaj. Ja wolę taki stan niż zapieprzać. Wiesz, jak to jest... – odparł.

Wyczułam, że zanosi się na „dobre rady”, więc skierowałam rozmowę na inne tory.

– Dlaczego oni mają cały taras, a my pustki? – zapytałam wskazując na konkurencję nie spodziewając się, że to pytanie przyniesie tak szokującą odpowiedź.

 – Oni? – wskazał krótkim kiwnięciem głowy na restaurację z naprzeciwka.

 – Tak – potwierdziłam.

– Nazwa, dobre włoskie jedzenie i obsługa. – po czym spojrzał na mnie i dodał – Uwierz mi... nie chciałabyś tam pracować.

 – Dlaczego? – zapytałam zaintrygowana. – Po czym wnioskujesz? – dopytałam.

 – Pracowałem tam rok. – odpowiedział krótko. 

– I jak? – dodałam z zainteresowaniem.

 – Polecam tam jeść, ale nie pracować. – podsumował Brus. 

– Dlaczego? – szepnęłam.

– To źli ludzie. – mruknął. 

Gdy padły te dwa słowa – „źli ludzie” – rozmowa, która była zainicjowana dla zabicia czasu nabrała innego wymiaru.

- Co dokładnie masz na myśli? Wszędzie są źli ludzie... nie ma ludzi idealnych – zakomunikowałam mu, udając obojętną.

Coś poruszyło się w Brusie i zaczął opowiadać o swoich doświadczeniach. Miałam wrażenie, że dawno szukał sposobności, żeby ulżyć sumieniu. Opowiadał o młodych dziewczynach z Ukrainy, które są „sprowadzane” do pracy w tej restauracji. Dziewczyny z biednych regionów, znalezione w sieci, naiwne i znęcone perspektywą świetlanej przyszłości oraz dobrych pieniędzy. Opłacano im bilety lotnicze i obiecywano wiele dobrego. Tuż po przylocie dziewczyny uczestniczyły w „welcome party”, gdzie nie brakowało ani alkoholu, ani kokainy, a atrakcją wieczoru, i zarazem uwieńczeniem imprezy, była... orgia. Co się działo następnego dnia? Brus twierdził, że wyrzucano je na ulice. Niedoszły chlebodawca twierdził, że otrzymały już swoje wynagrodzenie: „Przecież zapłaciłem ci za bilet”. Pracy nie było...

Po tym, co usłyszałam wydusiłam z siebie tylko infantylne pytanie – To Włosi robią takie rzeczy? 

– A kto ci powiedział, że to Włosi? Nazwa nic nie znaczy... – odparł znacząco.

Autor: Milena BoZka 

autor: Milena BoZka

Projekt graficzny współfinansowany w ramach funduszy polonijnych
Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej